 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
|
Info
News
Archiwum
Credits
Ankieta
O Zespole
Squad
Biografia
Kontakt
Tourniquet
Photogaleria
Stuff
Albums
Singles
Promos
Bootlegs
Demos
Videos
CD Roms
Greatest Hits
Soundtrack
Interviews
Inne
Ubrania
Plakaty
Literatura
Kartki
Texty
Tłumaczenia
Tabulatury
Artykuły
Wywiady
Recenzje
Słownik
FAQ
Cran Linx
Midi
Mp3
Video
Audio
Fonty
Skiny
Screen Savery
Tapety
Ch@t Room
Xięga Gości
Forum Dyskusyjne
Formularz
Fans Of The Crans
Fani Fanom
TOP 10
Crunner
Mail Me

|
|
Jak się wie, czego się chce, to zdanie innych można mieć gdzieś, pracować i cierpliwie
czekać na efekty. The Cranberries nie należą do zespołów, którym wszystko od razu
łatwo przyszło. Nawet nazwa stopniowo ewoluowała - od mocno awangardowej
The Cranberry Saw Us przez The Cranberry's aż do tej ostatecznej. Ale też kiedy
wszystko zaczęło już działać, kiedy wspięli się na szczyt, potrafili w ostatniej chwili
przystopować. Wiadomo, mocny irlandzki charakter... I mocna irlandzka kawa.
Zaiskrzyło
Pod względem muzycznym zespół rozpędzał się powoli - ani jego pierwsze nagrania,
ani debiutancki album z początku nie wzbudziły specjalnego zainteresowania. Kolejek
w sklepach muzycznych nie zanotowano. Przez jakiś czas krystalizował się też skład,
co niby jest oczywiste. Ale wokalistka Dolores O`riordan, bez której dziś trudno sobie
wyobrazić The Cranberries, nie miała nic wspólnego z początkami zespołu. polecił ją
pierwszy frontman, Niall Quinn, który w 1990 roku poczuł się znudzony współpracą z
Noelem i Mikiem Hoganami, gitarzystą i basistą grupy. Znudził się dość szybko, bo
kapela powstała raptem rok wcześniej i nie zdążyła jeszcze zaliczyć choćby
symbolicznego debiutu fonograficznego. Quinn postanowił iść swoją ścieżką, ale
powiedział, że jego dziewczyna ma koleżankę, która śpiewa i pisze teksty - warto by
ją zaprosić na próbę. Zaprosili i... W chwili, gdy zaczęła śpiewać, wiedzieliśmy ,że to
jest to -wspomina perkusista Fergal Lawler. Coś się zaczęło dziać... Zaiskrzyło... Taaa,
to była ta bardziej romantyczna wersja. Podobno Hoganowie i Lawler zamieścili po
prostu ogłoszenie w gazecie, z którego wynikało, że poszukują wokalistki. Wokalistka
też szukała zespołu, ale bez specjalnej desperacji. Nie było ciśnienia, żeby znaleźć
pracę - mówi Dolores. Ciągle jeszcze się uczyłam, to nie był jeszcze ten etap. kiedy
trzeba dokonywać jakiś dramatycznych życiowych wyborów. Więc na zupełnym luzie
Dolores przekonywała chłopaków do siebie, pisząc nowe teksty i nowe linie wokalne
do utworów ze starych demówek. W taki właśnie sposób powstał Linger, jak się później
okaże, pierwszy przebój The Cranberries. Po tym, jak utwór zaśpiewała Dolores,
Noel Hogan sam się zdziwił, że jest tak zdolnym kompozytorem.
Dzień dobry i do widzenia
Linger znalazł się obok kilku innych kawałków na taśmie demo Nothing Left At All,
która tym się różniła od przeciętnych demówek, że trafiła do sklepów. Oczywiści tylko
w Irlandii. Oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek sukcesie komercyjnym - poszło
raptem 300 egzemplarzy. Zapewne kupili je ci, którzy trafili na koncerty Cranberries.
Pierwszy występ więc historyczny, odbył się w małym klubie Ruby's we wrześniu 1990
roku. Oczywiście w Limerick - niedużym portowym mieście w południowo zachodniej
Irlandii, w którym narodził się zespół i wszyscy jego muzycy. Wreszcie The Cranberries
zrobili z materiałem demo to, co zrobić powinni - rozesłali go po firmach płytowych.
Pierwszy muzyką Irlandczyków zainteresował się Pearse Gilmore z niewielkiej wytwórni
Xeric, zaproponował zespołowi opiekę menażerską. Dla The Cranberries oznaczało to
olbrzymi sukces, zwłaszcza, że Dolores i jej koledzy byli wówczas nastolatkami. Ale pan
Gilmore nie był zbyt dobrym panem. Teraz jego nazwisko nie pojawia się nawet w
oficjalnej biografii zespołu, która od razu instaluje The Cranberries w dobrze znanej
firmie Island. Czym też nieszczęsny Pearse tak się naraził? No za dużo sobie wyobrażał,
za bardzo i za głęboko się wchrzaniał - i to w kwestie czysto muzyczne. Konflikt
osiągnął apogeum podczas pracy nad materiałem na debiutancką płytę. Glimore
(chociaż sam muzyk, wokalista grupy Private World) prezentował typowo menażerskie
myślenie - a niechaj ci moi podopieczni grają to, co jest właśnie na topie! Niech się nie
boją industrialnej gitarki oraz mocnych tanecznych beatów! Ale podopieczni się bali
i z Gilmor'em się rozstali.
Ironia losu
Zanim skończyłam szkołę, miałem już podpisany kontrakt na sześć płyt - Dolores
dobrze pamięta swoją radość z 1991 roku. Negocjacje z Island trwały kilka miesięcy,
ale gra wydała się warta zachodu, chociaż ponoć i inne koncerny były zainteresowane
zespołem. Na razie The Cranberries zyskali tyle, że ruszyli się ze swojego Limerick
i zaczęli grać koncerty w Wielkiej Brytanii. Nie było mowy o żadnej świetnie
zorganizowanej, regularnej trasie. Mowa była o małych klubach, o przedostawaniu
się ze sceny do garderoby przez tłumek fanów, o graniu w czyichś domach doraźnie
przerabianych na sale koncertowe, o garderobach, które zespół dzielił ze szczurami.
No taka bardziej szkoła życia, dzięki której Dolores i jej kumple tym pełniej docenią
przyszłe sukcesy. Na razie musieli cieszyć się ze swojej pierwszej czteroutworowej
płytki Uncertain. Może "niepewny" tytuł zraził potencjalnych nabywców, w każdym
razie Uncertain nie był jeszcze żadnym "przyszłym sukcesem". Kolejny, tym razem
1992 rok, upłynął na graniu koncertów i mozolnym przygotowywaniu debiutanckiego
albumu - mozolnym bo w kilku podejściach, z różnymi producentami. Wspomniany
Pearse Glimore się nie sprawdził. Kilka miesięcy później zastąpił go Stephen Street,
znany ze współpracy z The Smiths. Jemu poszło o wiele lepiej, czego dowodem jest
debiutancki album Everybody Else Is Doing It, So Why Can't We? Tytuł znowu nie
powala pewnością siebie. Brzmi jak desperacki doping, konkluzja burzliwej rozmowy
na temat: czemu nam się ciągle nie udaje??!! No, nie wiem czemu, ale ciągle jest
średnio - we wrześni pierwszy singiel Dreams i nic. Piosenka pałętała się po dolnych
partiach pierwszej setki list przebojów. Ale recenzje już lepsze. Podobnie można
podsumować obecność na rynku obecność drugiego singla - Linger. No i jak tu się
spodziewać, że Everybody Else Is Doing It, So Why Can't We? zdziała cokolwiek przy
tak mizernym singlowym wsparciu? Płyta trafia do sklepów w marcu 1993 roku i jej
dzieje są dość dziwne. Na początku mizerniutko, a rok później numer jeden w
Wielkiej Brytanii. Minie kolejnych kilka lat i liczba sprzedanych egzemplarzy
Everybody Else Is Doing It, So Why Can't We? sięgnie siedmiu milionów. Co się stało?
Dlaczego tak nie mogło być od początku? Zła promocja? Niedojrzała publiczność?
Może po prostu brak farta. Za punkt przełomowy w historii The Cranberries uznaje się
wyjazd zespołu do stanów i niespodziewany sukces, jaki tam odnieśli. Że co, że niby
nasi podobają się za wielką wodą, to i my naszych wreszcie polubimy? Może na
macierzystych wyspach zadziałał właśnie taki prosty mechanizm. A swoją drogą to
jakaś ironia losu, że mało znany zespół z jakiegoś Limerick został tak dobrze przyjęty
na amerykańskim, trudnym i hermetycznym rynku. Singiel Linger i debiutancki album
wdrapały się tam do pierwszej dziesiątki. The Cranberries zagrali sporo koncertów
w wypełnionych po brzegi salach.
Miłość i brawura
W Stanach The Cranberries zetknęli się między innymi z... Duran Duran. Dla Dolores
O'Riordan było to szczególnie doniosłe wydarzenie - co prawda to nie muzycy wpadli
jej w oko, ale ich menażer koncertowy Don Burton. To jest facet dla mnie - pomyślała,
ale mózg jej się nie zagotował. Po powrocie z USA grzecznie ruszyła z kolegami w
europejską trasę. Zaczęło się dziać, nie było czasu do stracenia. Materiał na drugi
album powstał w przerwach między koncertami. The Cranberries zaczęli go
przygotowywać już na początku 1993 roku. Do studia weszli dopiero rok później -
z tym samym, wypróbowanym producentem, Stephenem Streetem. O ile kwestia
artystyczne wydały się już uporządkowane, to niemiłe niespodzianki na innych polach
nie omijały The Cranberries. Dolores przypłaciła rozrywkowy wypad na narty poważną
kontuzją - przy naprawie prawej nogi wokalistki chirurdzy musieli współpracować ze
ślusarzami. Bez śrubek nie dało rady. Ale dzielna Irlandka już kilka miesięcy później,
w lipcu 1994 roku. stanęła na ślubnym kobiercu u boku wspomnianego Dona Burtona,
po czym państwo młodzi ruszyli w podróż poślubną. Niby normalna sprawa, ale biorąc
pod uwagę napięty program zajęć ludzi, którym udało się coś poważnego zdziałać w
biznesie muzycznym, miesiąc miodowy to większy sukces niż sprzedaż kilku milionów
płyt. Na szczęście chłopaki z zespołu nie byli zazdrośni, tylko też zaczęli poświęcać
więcej czasu na życie prywatne. I bardzo dobrze, bo za chwilę ta beztroska
sielanka się skończy
A gdzie zupka?
Utwór Zombie i promowany z jego pomocą album No Need To Argue zapewnią
The Cranberries wyjątkowo gorącą jesień i dadzą zajęcie na cały następny rok.
Walczący, mocno upolityczniony Zombie stał się według MTV klipem numer jeden
roku 1994. No Need To Argue kupiło ponad szesnaście milionów fanów. W sumie
dziwne, że tak ogromną popularność cieszył się drugi - więc uważany zwykle za
najtrudniejszy, bo mający przynajmniej za zadanie dorównać debiutowi - album.
Tu nie ma miejsca na żadne tłumaczenia ani doszukiwanie się przyczyn. Tak po
prostu wyszło tak miało być. Od tej pory dla The Cranberries występy w roli głównej
gwiazdy to już nie jest radosny wyjątek, tylko reguła. Nie ma szczurów w garderobie,
państwo grają na poważnych obiektach. zaczyna się światowa trasa promująca
No Need To Argue -w 1995 roku Irlandczycy zagrają w wielu krajach Europy,
w Ameryce Północnej, w Meksyku, Japonii, Nowej Zelandii, Australii... Życie z
radosnej improwizacji w rozpisany godzina po godzinie rozkład zajęć. Na dobrą
sprawę nie ma czasu, by na chwilę zwolnić i zorientować się, co jest w ogóle grane.
Tak naprawdę byliśmy w tym wszystkim kompletnie zagubieni - przyznaje Dolores.
W czasie, gdy nasz zespół osiągał szczyty popularności, nie potrafiliśmy się z tego
w pełni cieszyć. Właściwie wszystko, na czym nam zależało, to upić się elegancko po
zejściu ze sceny. Nawet nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt wiele. Wszystko działo się
tak szybko i w tak wielu miejscach, że zespołowi do dziś tamten czas wydaje się
dziwnym snem. Snem, po którym trudno wrócić do rzeczywistości. Kiedy stajesz
się naprawdę sławny, jesteś otaczany tak ą opieką, że masz wrażenie, iż są ludzie,
którzy mają za ciebie myśleć - mówi Dolores. Ludzie, którzy mówią za ciebie,
którzy się wszystkim zajmują... A potem, kiedy wracasz do domu, dziwisz się,
dlaczego na stole nie czeka na ciebie gorący obiad.
No i proszę, jak łatwo wpaść w paranoję.
Pogłoski
Po trasie kilka zasłużonych tygodni wolnego. Ale w październiku 1995 roku zaczęły
się już przygotowania do zrealizowania trzeciego albumu, czyli mimo wielkiego
ciśnienia, jakie panowało podczas trasy, Dolores i Noel wykroili trochę czasu na
pisanie nowych rzeczy. Tylko, że to ciągłe podgrzewanie atmosfery wokół i wewnątrz
zespołu zaczynało się robić niezdrowe. Artysta dużo zarabia, artysta musi pracować,
rynek czeka na płyty. Na płyty zajeżdżonego artysty rynek niedługo może przestać
czekać. Z perspaktywy czsau The Cranberries mówią o wydanym pod koniec
kwietnia 1996 roku albumie To The Faithful Departed, że była to płyta raczej
depresyjna. Cenią ją sobie jako zapis ówczesnego stanu własnych umysłów, cenią
ją w ogóle, ale nie chcieliby nigdy więcej doprowadzić główek do takiej kondycji.
Dobrze przynajmniej, że nie towarzyszyło im ciśnienie komercyjne - przyznawali, że
po wielumilionowych sukcesach poprzednich płyt w ogóle nie interesowało ich ile się
sprzeda To The Faithful Departed. Album zyskał ostrzejsze brzmienie dzięki
współpracy ze znanym producentem Bruce Fairbarnem, tym od Aerosmith
i Bon Jovi. Była to więc w pewnym sensie nowa jakość, ale brakowało hitów na miarę
Zombie. Mierząc kondycję The Cranberries losami albumu i singli na listach przebojów
- zespół zdołował. Na pewno nie był to powód do radości nawet dla artystów, którzy
nie deklarują zbytniego przywiązania do komercji. Kolejna wyczerpująca trasa
koncertowa miała tylko pogłębić narastające od pewnego czasu zagubienie i lekką
paranoję. Na morale zespołu niezbyt dobrze też wpływały pogłoski o solowych planach
Dolores, a co za tym idzie rozpadzie The Cranberries - sama wokalistka zaprzeczała,
media dalej spekulowały. Stawało się jasne, że przed nagraniem kolejnej płyty nie
wystarczą dwa czy trzy tygodnie odpoczynku. Trzeba było się wyciszyć na tak długo,
by muzyka znów stała się radością i ekscytującym przeżyciem, a nie męczącym
obowiązkiem. Nie mieliśmy własnego życia - wspomina Noel. To zespół był naszym
życiem, żyliśmy tylko dla niego. Naprawdę takiej jazdy nie da się długo ciągnąć.
Kapcie i scena
W październiku 1996 roku zapadł decyzja o przerwaniu trasy koncertowej. Trochę
w tym pomogła kontuzja Dolores (nadwyrężyła wcześniej uszkodzoną nogę), jaką
odniosła podczas jednego z występów. Ale przede wszystkim chodziło o totalne
zmęczenie i graniem, i sobą. The Cranberries mieli na tyle zdrowego rozsądku,
by przystopować, zanim się znienawidzą - przewidywali, że taki tryb życia i pracy
może w końcu doprowadzić do bezpowrotnego rozpadu zespołu. Zaczęli więc
zajmować się wszystkim, co ich bawiło - prócz muzyki. Trochę jak świeżo upieczeni
bezrobotni z jakimiś tam oszczędnościami w zapasie, trochę jak bogaci emeryci.
Dolores wybrała wakacje na Karaibach, Fergal ze swoją dziewczyną ruszył na Daleki
Wschód, Mike przeniósł się do Manchesteru, żeby mieć bliżej do stadionów, na których
zawsze odbywają się ciekawe mecze piłkarskie, a Noel z żoną wrócili na stare śmiecie,
by otworzyć restaurację i bawić się jej prowadzeniem. W życiu prywatnym wcale nie
unikali siebie nawzajem. spotykali się w święta, na sylwestra, potem na ślubie Fergala.
Życie prywatne stało się absolutnym priorytetem. W 1997 roku pracowali ze sobą tylko
raz - na prośbę Micka Fleetwooda przygotowali jeden utwór na płytę z przeróbkami
piosenek Fleetwood Mac. Pod koniec roku czuli się już na tyle dobrze, że zaczęli tęsknić
za graniem - odbyło się nawet kilka obiecujących prób. Ale nie było mowy o narzucaniu
sobie jakiegoś stresogennego systemu działania - Dolores była w ciąży. Jej synek
Taylor Baxter Burton przyszedł na świat w listopadzie 1997. Bury The Hatchet, czwarty
album The Cranberries, powstawał bardzo powoli, z przerwami, w różnych miejscach -
Kanada, Irlandia i wreszcie Francja, gdzie od maja 1998 w Chateau Miravel zaczęło się
poważne nagrywanie. Tym razem z zespołem współpracował Benedict Fenner
(nagrywał z Brianem Eno, Elvisem Costello). The Cranberries dobrze zrobiła długa
przerwa - poczuli entuzjazm jak za dawnych czasów. Zatęsknili nawet za graniem
koncertów, ale ich powrót na scenę był dość dziwny - zagrali w ramach grudniowych
uroczystości wręczenia nagród Nobla. Wyrafinowana publiczność zachowywała się jak w
filharmonii... Prawdziwy come back nastąpił w kwietniu 1999 - Bury The Hatchet trafił do
sklepów, The Cranberries wrócili na okładki pism muzycznych, w najbliższych planach
regularna trasa. 23 kraje, 90 miast - skończyli w lipcu 2000. I znów - jak podczas
przygotowywania i nagrywania materiału - nie było mowy o niezdrowym ciśnieniu.
Zwłaszcza, że rodzili się kolejni potomkowie muzyków The Cranberries - to chyba jeden
z najbardziej prorodzinnych zespołów na świecie. Patrząc na sukcesy kolegów, Dolores
zmobilizowała męża Dona - ich drugie dziecko, córeczka Molly, urodzi się pod koniec
stycznia 2001 roku. Ciąża Dolores znowu trochę przerzedziła harmonogram zajęć zespołu,
ale nie przeszkadzała w przygotowywaniu materiału na piąty już album. W dwutysięcznym
powstała mniej więcej połowa piosenek - resztę zespół dokończy wiosną 2001. Potem
mała podróż promocyjna po Stanach i Kanadzie - The Cranberries grają kilka
akustycznych, kameralnych koncertów. Jesienią ma się odbyć już całkiem poważna trasa.
Wake Up And Smell The Coffee
W końcu trzeba promować nowe dzieło - nagrane ze starym producentem
Stephenem Streetem - zatytułowane Wake Up And Smell The Coffee. No właśnie -
poranna kawa, płatki kukurydziane, planowanie trasy, rozmowy o ząbkowaniu, trochę
na scenie, trochę w kapciach, trochę w studiu, trochę w domowym przedszkolu. Może nie
ma w tym zbyt wiele rock'n'rolla, jest za to dobre samopoczucie wynikające ze
świadomości, że udało się zapanować nad własnym życiem. Że znalazło się w sobie tyle
siły i woli, by nie oddać się bez reszty w łapy muzycznego biznesu. Nigdy nie byliśmy tak
spokojni jak teraz - mówi Dolores. Zdążyliśmy już sobie udowodnić kilka rzeczy.
Piosenki z naszej nowej płyty zdają się mówić: przestań się zajmować tym, co
będzie jutro, za tydzień, za rok, gdy wokół jest tyle piękna.
Tylko trzeba nauczyć się je zauważać.
|
|
Artykuł pochodzi z magazynu Tylko Rock, Pazdziernik 2001
|
|
|
 |
 |
 |
 |
 |